
Między człowiekiem a pomnikiem – recenzja musicalu „Starzyński”
- 29.07.2026
- CZAS CZYTANIA: 6 min

Musical biograficzny to gatunek, który wywołuje u mnie pewien dyskomfort. Wiesz, jak to idzie: pomnikowy bohater, przesłodzona muzyczka, archiwalne zdjęcia w tle i poczucie, że przerabiasz podstawówkę. Tylko tym razem z choreografią. Widać to szczególnie wtedy, gdy tematem jest ktoś, kto już stoi na pomniku i spogląda z niego na ruchliwe skrzyżowanie z niezmąconym spokojem.
Nie wiem, czy „Starzyński” w Teatrze Syrena mierzy wyżej. Od pierwszych scen widać jednak, że twórcy próbują podejść do tematu inaczej. Czy w stu procentach trafnie? Nie jestem pewna.
Ryzyko było podwójne: temat pomnikowy, nawet jeśli bohater nie był aż tak kanonizowany przez zbiorową pamięć, oraz forma musicalowa, o której wciąż pokutuje przekonanie, że upraszcza zamiast pogłębiać. Dobrze więc, że twórcy postawili na musical jako narzędzie refleksji, a nie tylko jej oprawę. Bo w musicalu – co pokazało już wiele spektakli – da się mówić o odpowiedzialności, pamięci i tym, czym naprawdę jest mit heroizmu.
Czy to wychodzi w pełni? W kilku miejscach tak. W innych spektakl sam sobie podmywa grunt. Ale o tym za chwilę.
Jedna noc zamiast życiorysu
Najważniejsza decyzja twórcza tego spektaklu jest prosta do opisania i trudna do wykonania. Historycznie akcja dzieje się w jedną noc. Z 26 na 27 października 1939 roku. Jeśli więc ktoś lubi, gdy jest linearnie i chronologicznie, to… tu tego nie dostanie. A zamiast encyklopedycznych faktów jest to, co z tymi faktami zazwyczaj robi każdy człowiek, kiedy zostaje sam ze swoim sumieniem.
Najważniejsza decyzja twórcza tego spektaklu jest prosta do opisania i trudna do wykonania. Akcja dzieje się w jedną noc – z 26 na 27 października 1939 roku. Jeśli ktoś lubi linearność i chronologię, tu tego nie dostanie. Zamiast encyklopedycznych faktów jest to, co każdy człowiek robi z nimi, gdy zostaje sam ze swoim sumieniem.
Inspiracją do scenariusza jest książka „Starzyński. Prezydent z pomnika” autorstwa Grzegorza Piątka. Konrad Imiela, autor scenariusza i reżyser, powiedział jednak, że życie Stefana Starzyńskiego było przewidywalne – żeby nie powiedzieć nudne. Skupienie się na jednej nocy i tym, co działo się wewnątrz prezydenta, było więc prawdopodobnie jedynym na tyle interesującym pomysłem, by musical miał rację bytu.
Efekt jest następujący: widz dostaje pamięć, sny, widma i próbę rozrachunku rzeczywistości z romantycznymi ideami. Tu mam jedno zastrzeżenie. Spektakl zakłada, że widz wie, kim był Starzyński – nie tylko w podstawowym sensie, ale na tyle dobrze, by rozumieć kontekst, wagę decyzji i ciężar tej nocy. Dla części widowni to naturalny punkt wyjścia. Dla innej – szczególnie młodszej – niekoniecznie. Umowność, na której opiera się spektakl, wymaga przygotowania. To nie błąd, ale wyzwanie, które twórcy świadomie stawiają widzowi. Nie każdy jednak wyjdzie z niego obronną ręką.

Człowiek zamiast pomnika
Starzyński – ani w życiu, ani w musicalu – nie jest typowym herosem. Jest urzędnikiem, introwertykiem, kimś, kto nie wygląda na gotowego zostać legendą. Przemysław Glapiński nie gra go z góry, nie buduje przez emfazę i monumentalność. Widać konkretny aktorski wybór. Dzięki temu oglądamy człowieka, nie symbol. Spektakl nie niszczy legendy, raczej poszerza ją i pokazując psychologiczną głębię.
To wydaje się uczciwą drogą.
Przez cały spektakl nie mogłam jednak pozbyć się jednej myśli, która do dziś (piszę ten tekst prawie trzy tygodnie po wizycie w teatrze) nie daje mi spokoju. Żeby zbudować Starzyńskiego jako człowieka z pęknięciami, twórcy sięgają po powtarzające się frazy o tym, że bohater „ma coś z głową”. Mówi to nie tylko sam Starzyński, ale też inne postaci.
Z jednej strony romantyzm cenił odmienne stany świadomości, a spektakl wyraźnie z tym gra. Jednak powtarzane tak często frazy przestają budować portret człowieka rozdartego, a zaczynają tworzyć obraz człowieka szalonego. Za każdym razem wypadałam z narracji. Zamiast widzieć ideowca z przeładowanym sumieniem, zaczynałam obserwować kogoś, kogo scenariusz chce przedstawić jako wariata. A to zupełnie inna opowieść.
Symbole z podpisami
Spektakl jest gęsty symbolicznie. I to jego atut. Syrena jako Warszawa, pamięć, sumienie miasta. Ważka z „Dziwnego ogródu” jako omen, napięcie pod powierzchnią piękna. Mateusz Tomaszewski wcielający się w romantyczny imperatyw, który nie daje spokoju. Każdy z tych symboli ma funkcję – nie jest dekoracją. Metafora tu pracuje, a nie tylko wygląda.
Problem pojawia się, gdy spektakl zaczyna te symbole objaśniać. To kolejna rzecz, która mnie akurat wybijała z rytmu. Konteksty miałam już w głowie, a komentarz brzmiał jak podpis do podpisu pod ilustracją. Wiem jednak, że nie każdy widz przychodzi z Mehofferem w pamięci i „Dziadami” pod pachą. Dla kogoś bez tych kontekstów tłumaczenie może być tym, co jest potrzebne, żeby spektakl zadziałał.

Mickiewicz jako sumienie
Kilkanaście linijek wyżej wspomniałam o romantyzmie, więc dokończę temat.
Spektakl konfrontuje romantyczny mit z odpowiedzialnością polityczną. Starzyński – prezydent mianowany, nie wybrany, trwający na posterunku w oblężonym mieście – pasuje do romantycznego szablonu niemal idealnie. W spektaklu pada zdanie, że „nikt nie przegrywa tak pięknie jak Polak”. I muszę przyznać, że ono robi więcej interpretacyjnej roboty niż niejedna scena.
Twórczość Adama Mickiewicza jako język wewnętrznego konfliktu bohatera może drażnić lub poruszać – zależnie od tego, ile Mickiewicza ma się w głowie. Mnie można nim przekupić niemal zawsze, więc mogę być nieobiektywna. Powiem więc tylko, że to wplecenie jego tekstów: jest logiczne i dodaje kulturowego smaczku. Czy zawsze działa scenicznie? Nie. Ale jako pomysł na opowiedzenie o polskim kodzie kulturowym przez konkretnego człowieka w jednej nocy – ma sens.

Muzyka, która nie udaje lat trzydziestych
Grzegorz Rdzak nie próbuje odtworzyć epoki. Nie ma tu kabaretowych stylizacji ani sentymentalnych pastiszów z międzywojnia. Jest rock, elektronika, pop, techno, moment rapu. Decyzja, która na papierze brzmi ryzykownie, na scenie działa.
Muzyka nie ilustruje – oddaje stany psychiczne bohatera i buduje napięcie. Gdy Starzyński jest w przestrzeni prywatnej, brzmi bardziej popowo. Gdy wraca do oblężonego miasta i wyboru, który przed nim stoi, wszystko gęstnieje. Ten kontrast jest wyraźny i słyszalny.
Muzyka nie jest tu tłem ani kostiumem epoki. Bez niej spektakl wiele by stracił – operowanie dźwiękiem ma istotne znaczenie.
Aktorzy, którzy dźwigają spektakl
Zacznijmy od tego, który ze sceny praktycznie nie schodzi. Przemysław Glapiński jako Stefan Starzyński ma trudne zadanie. Ta postać ma niewiele kolorów, przez co łatwo wydaje się zbyt płaska jak na głównego bohatera. Glapiński jest jednak przekonujący. Trudno tu o wielkie emocje podane wprost – widz musi sam po nie sięgać. Aktor jest skupiony, oszczędny w geście, dzięki czemu wiarygodny. Kiedy w tej postaci coś w końcu pęka, jest to odczuwalne właśnie dlatego, że tak długo było trzymane.
Mateusz Tomaszewski porusza samą obecnością. Kiedy wchodzi, temperatura spektaklu się zmienia. Sama formuła – alter ego, romantyczny podszept, duch przeszłości – nie jest już jednak novum. Tomaszewski robi w tej konwencji dużo, ale forma przestała mnie zaskakiwać. Czekam, aż ktoś wymyśli dla tego rodzaju postaci coś nowego.
Postać Syreny mogłaby łatwo stać się tylko alegorią z partią wokalną. I – moim zdaniem – tak się dzieje. Nie odmawiam Julii Bielińskiej głosu; jej piosenka wybrzmiewa głębiej i bardziej emocjonalnie niż w nagraniu. Rozumiem, że wraz z Tomaszewskim Syrena jest romantyczną ideą, głosem miasta przywołującym Starzyńskiego. W Warszawie jest już jednak teatr ożywiający miejskie symbole. I nie zawsze kończy się to dobrze.

Wizualnie przemyślane
Scenografia konsekwentnie prowadzi przez przenikanie jawy i snu. Świat się rozpada stopniowo i widać, że to zaplanowane. Kody kolorystyczne w kostiumach porządkują przestrzeń, rozróżniają to, co realne, od tego, co symboliczne. Ruch i światło budują napięcie tam, gdzie powinny. Żandarmi czający się w cieniu działają jako zapowiedź tego, co czeka Starzyńskiego.
Raczej czytelne i raczej skuteczne.
Podwójne zakończenie
Największy problem mam jednak z… ostatnimi scenami. To podwójne zakończenie (bo inaczej trudno o tym napisać) sprawia, że cały zamysł mocno traci.
Przez większość spektaklu udawało mi się zrozumieć logikę kolejnych wyborów. A potem przyszło zakończenie i ta logika gdzieś się rozsypała. Moim zdaniem z obecnego zakończenia, bardzo propagandowego w odbiorze, śmiało można było zrezygnować – bez większej straty dla odbioru całości. To nie jest dobre miejsce na utratę czytelności, bo ostatnia scena zostaje z widzem najdłużej.
Warto. Z zastrzeżeniami.
„Starzyński” to spektakl ambitny i w dużej mierze tę ambicję realizuje. Nie jest jubileuszową laurką, nie banalizuje tematu, nie traktuje widza jak kogoś, kto przyszedł po potwierdzenie tego, co już wie.
Jednocześnie momentami nie ufa własnym narzędziom. Tłumaczy, gdy mógłby sugerować. Powtarza, gdy wystarczyłoby raz. Kończy tam, gdzie nie powinien – i tym samym marnuje to, co przez większość wieczoru budował.
Zdjęcia w tekście są autorstwa Krzysztofa Bielińskiego i pochodzą ze strony Teatru Syrena.

Przeczytaj także:
Ładowanie...
Masz do mnie romans?
Jeśli chcesz o coś zapytać, podpowiedzieć mi temat,
o którym mogę napisać lub chcesz ze mną porozmawiać,
to pisz śmiało o każdej porze dnia i nocy.


