
Taniec z własnym odbiciem. Recenzja spektaklu „Portret Doriana Graya”
- 30.03.2026
- CZAS CZYTANIA: 6 min

„Portret Doriana Graya” to nowy spektakl na deskach Novej Sceny Teatru Muzycznego ROMA w Warszawie. Libretto i choreografię stworzył Piotr Jeznach na podstawie znanej powieści Oscara Wilde’a. ROMA wraz z twórcami spektaklu zaprasza do świata, w którym można zobaczyć więcej niż tylko piękny obraz. W którym można się przejrzeć we własnym sumieniu.
Zacznę od tego, że nigdy nie myślałam, że z własnej woli zacznę chodzić na spektakle taneczne. Nigdy nie ciągnęło mnie do baletu. Dla jasności – nie z tych powodów, o których w dość ignorancki sposób powiedział Timothée Chalamet. Po prostu każdy z nas ma swoje ulubione medium przekazujące treść i emocje. W moim przypadku od bardzo dawna są to słowa. Uczę się jednak rozumieć tę formę sztuki i rozumieć, że dobra choreografia jest w stanie powiedzieć równie wiele co tysiąc słów.
Portret na nas patrzy
Kult młodości ma się dziś świetnie. Filtry wygładzają twarze. Zdjęcia cofają czas. Wizerunek bywa ważniejszy niż rzeczywistość.
Oscar Wilde napisał „Portret Doriana Graya” ponad sto lat temu. A jednak jego historia wciąż brzmi dziwnie współcześnie. Bo pytanie, które stawia Dorian, wcale nie jest takie literackie. Ile jesteśmy w stanie zrobić, żeby zachować piękny obraz siebie?
Na scenie Teatru Muzycznego ROMA ta historia dostaje nowy język. Ruch. Taniec. Obrazy. I to już na starcie jest decyzja odważna.

Nowy krok ROMY?
Teatr Muzyczny ROMA przez lata przyzwyczaił widzów do musicalowego rozmachu. Wielkie produkcje, orkiestra, wokalne popisy. „Portret Doriana Graya” jest jednak jedną z tych produkcji, które otwierają kolejne drzwi, nowe doświadczenia i nieoczekiwane realizacje.
Tak, wcześniej był „Sen nocy letniej”. Również w choreografii Piotra Jeznacha. Ale tamten spektakl funkcjonował w ramach projektu Osobowości ROMY. Możemy uznać, że był trochę osobnym bytem.
Tutaj taniec trafia w sam środek repertuaru.
To ryzyko. Taniec dla wielu widzów bywa językiem trudniejszym niż tekst czy piosenka. Historia musi być czytelna bez słów. To wysoki próg wejścia. Dlatego kluczowe pytanie brzmi: czy spektakl potrafi opowiedzieć tę historię ruchem?
Moim zdaniem tak.
Klimat sprzed epoki, czyli scenografia i kostiumy robią robotę
Pierwsze wrażenie jest bardzo wizualne.
Scenografia autorstwa Karoliny Bramowicz buduje świat, który przypomina elegancki salon końca XIX wieku. Trochę atelier malarza, trochę galeria sztuki, trochę przestrzeń moralnych eksperymentów. Nie widać tego zaraz po wejściu na widownię. Wszystko staje się jasne, gdy gasną światła i rozpoczyna się Prolog.
Scenografia nie jest przesadnie rozbudowana. Raczej operuje kilkoma mocnymi elementami. Najlepiej działa ściana obrazów. W jednej chwili przypomina galerię sztuki. W drugiej staje się metaforą patrzących portretów. Jakby każdy z nich zapisywał jakąś historię.
Kostiumy wzmacniają ten świat. Szczegóły zapadają w pamięć. Monika Moskwa, autorka kostiumów, była tancerką. Doskonale wiedziała więc, jak materiał czy konstrukcja muszą pracować w ruchu, żeby dodawać tancerzom dodatkowej mocy. Wystarczy spojrzeć na pelerynę Basila albo charakterystyczne rękawy Doriana-Portretu. Przyglądałam się drobiazgom i temu, jak poszczególne kostiumy mogły też się zmieniać. Kostiumy naprawdę w ciekawy sposób budują te eleganckie dekadenckie nieco sylwetki bohaterów, podkreślają luksus i… samozachwyt.

Historia opowiedziana ruchem
Spektakle taneczne mają jedną trudność. Widz musi zrozumieć historię bez słów. Choreografia Jeznacha wyraźnie próbuje wyjść temu wyzwaniu naprzeciw.
Układy są dynamiczne, ale jednocześnie czytelne. Ruch prowadzi uwagę widza. Sceny mają swoją dramaturgię. Widać wyraźnie, gdzie napięcie rośnie, gdzie pojawia się konflikt.
Na mnie osobiście największe wrażenie zrobiły:
- scena rozpaczy Sybil,
- scena w Klubie
- duety Dorianów, zwłaszcza drugi (motyw podwojonej tożsamości okazuje się bardzo sceniczny).
Choreografia zdecydowanie wykorzystuje możliwości zespołu. Tancerze nie są wrzuceni w popisy techniczne tylko po to, żeby imponować widzowi. Ruch ma znaczenie dramaturgiczne. A jednocześnie nie można oderwać od nich oczu. Niezmiennie zachwyca mnie co ludzka głowa może wymyślić, a ludzkie ciało wykonać.
Co ważne, widz który nie jest bywalcem spektakli tanecznych nie gubi się w tej historii. Narracja pozostaje czytelna. Ale jeśli ktoś się obawia zagubienia, to i na stronie spektaklu, i w samym programie, można znaleźć libretto, które krok po kroku przeprowadza po wydarzeniach każdej ze scen. Znajomość powieści nie jest więc konieczna, choć na pewno nie zaszkodzi.
Muzyka z mocnym akcentem serialowym
Warstwa muzyczna autorstwa Evana Wise’a budzi moje najbardziej ambiwalentne reakcje.
Brzmienie momentami przypomina estetykę znaną z serialu Bridgerton. Co może mieć swoje plusy, jeśli weźmiemy pod uwagę popularność serialu i niedawną premierę 4 sezonu. Dużo smyczków, romantycznego napięcia i dźwiękowej ornamentyki.
Z jednej strony bardzo dobrze pasuje to do świata przedstawionego. Arystokratyczne salony, dekadencja, estetyczna przesada. Z drugiej – momentami pojawia się pewien przesyt wysokich rejestrów. To jednak kwestia indywidualnego odbioru. Dramaturgicznie muzyka dobrze wspiera ruch i buduje atmosferę spektaklu.

Kiedy ciało mówi więcej niż twarz
Tancerze pokazują bardzo dobrą formę fizyczną. Ruch jest precyzyjny, dynamiczny, estetyczny. Największą siłą spektaklu jest właśnie fizyczność postaci. Bohaterowie budują swoje charaktery sposobem poruszania się.
Nie byłabym sobą, gdybym nie dorzuciła jednak drobnej uwagi dotyczącej aktorstwa w tańcu. W pierwszej części spektaklu mimika niektórych tancerzy pozostaje dość oszczędna. Ciało opowiada historię, ale twarz nie zawsze nadąża za emocjami. Dla mnie, w momencie gdy oni są dla mnie najważniejszym punktem odniesienia i dosłownie śledzę każdy ich ruch, ten brak był… odrobinę wybijający. Nie umniejsza ich talentowi, być może jednak wskazuje potencjał do rozwoju.
Energia zespołu i kilka wyraźnych osobowości
Niezależnie od tego, co napisałam wyżej, zespół pozostaje największą siłą spektaklu.
Widać, że choreografia została ułożona tak, aby każdy miał przestrzeń na zaistnienie. Nie tylko główne role przyciągają uwagę. W wielu momentach można złapać wzrokiem pojedynczych tancerzy i zwyczajnie nacieszyć się ich ruchem.
To drobiazg, ale ważny. Widz nie ogląda anonimowej masy. Widz ogląda zespół ludzi o bardzo różnych energiach scenicznych.
Kilka ról wybija się szczególnie.
Michał Adam Góral jako Portret jest niepokojąco… niepokojący. Trudno znaleźć lepsze określenie. W jego ruchu i w jego spojrzeniu jest coś chłodnego i złowrogiego. Jakby ta postać naprawdę czerpała przyjemność z obserwowania moralnego rozpadu Doriana. Mam wrażenie, że tancerz bardzo dobrze odnajduje się w tej mrocznej energii.
Aleksandra Borkowska jako Sybil okazuje się jedną z ciekawszych interpretacji tej postaci. W powieści Sybil bywa odbierana jako bohaterka dość jednowymiarowa. Tutaj dostaje więcej przestrzeni. Szczególnie jej drugi taniec pokazuje wewnętrzną rozterkę kobiety, która nagle zderza się z rzeczywistością. No i ta praca z… rekwizytem?
Na uwagę zasługują także partnerowania. Są płynne, często wykonywane jakby mimochodem. Bez demonstracyjnego popisu. Dzięki temu relacje między postaciami wydają się naturalne.
Szymon Pacholec jako Dorian ma w sobie coś, co przyciąga wzrok. Jest w nim magnetyzm, który pasuje do tej postaci. W pierwszej części spektaklu zdarzało się jednak, że trochę ginął wśród bardzo wyrazistych kolegów i koleżanek z zespołu. W drugiej części nadrabia to z nawiązką. Tam jego obecność sceniczna staje się wyraźniejsza i bardziej zdecydowana.
I może właśnie to jest największa zaleta obsady. Nawet jeśli uwaga widza skupia się na Doranie czy Portrecie, w tle cały czas pracuje zespół. Każda osoba na scenie dokłada do tej historii własną energię.

Ucieczka przed samym sobą
Najciekawsze w tym spektaklu dzieje się jednak na poziomie idei.
Historia Doriana Graya zawsze była opowieścią o moralnym lustrze. Człowiek patrzy na własny wizerunek i próbuje uwierzyć, próbuje sobie wmówić, że czyny nie mają konsekwencji.
Spektakl taneczny „Portret Doriana Graya” nie moralizuje wprost. Raczej powoli przesuwa to lustro w stronę widowni (jeśli wziąć pod uwagę konstrukcję scenografii i fakt, że portret realnie wysuwa się ze ściany, jest to jeszcze bardziej widoczne).
I nagle pojawiają się pytania:
- jak bardzo zależy nam na własnym wizerunku,
- ile jesteśmy w stanie poświęcić dla przyjemności,
- gdzie przebiega granica między wolnością a autodestrukcją.
Te pytania nie są wypowiedziane na głos. Pojawiają się między scenami. I może właśnie dlatego działają.
Spójrz w lustro
„Portret Doriana Graya” w Teatrze Muzycznym ROMA nie jest spektaklem idealnym (bo taki prawdopodobnie nie istnieje). W kilku momentach dramaturgia mogłaby być bardziej wyrazista. W niektórych scenach przydałoby się więcej aktorskiej ekspresji. Jest to jednak projekt zaskakująco spójny, posiadający wyraźny styl. Przede wszystkim jest to spektakl, który potrafi opowiedzieć historię znaną z literatury w zupełnie innym języku.
Po wyjściu z teatru zostaje jeszcze jedna myśl: Każdy z nas ma schowany gdzieś swój portret. I dobrze, jeśli czasem odważymy się na niego spojrzeć.
Zdjęcia w tekście są autorstwa Karola Mańka i pochodzą ze strony Teatru Muzycznego ROMA.

Przeczytaj także:
Ładowanie...
Masz do mnie romans?
Jeśli chcesz o coś zapytać, podpowiedzieć mi temat,
o którym mogę napisać lub chcesz ze mną porozmawiać,
to pisz śmiało o każdej porze dnia i nocy.


