Aneta Todorczuk: „Szukam w ludziach naturalnej ciekawości i chęci zadawania pytań” [WYWIAD]

  • 12.01.2026
  • CZAS CZYTANIA: 14 min
Aneta Todorczuk: „Szukam w ludziach naturalnej ciekawości i chęci zadawania pytań” [WYWIAD]

Aneta Todorczuk – aktorka znana z ról telewizyjnych i teatralnych, wokalistka oraz autorka tekstów – od kilku lat występuje przed ludźmi także w zupełnie innej roli: wykłada na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie. Jak się odnajduje po drugiej stronie sceny? Jakie ma podejście do swoich studentów i czego sama uczy się dzięki tej konkretnej roli?

Z Anetą porozmawiałam między innymi o blaskach i cieniach pracy wykładowczyni, procesie rekrutacyjnym na uczelnie artystyczne oraz o wspieraniu innych w budowaniu ich własnych umiejętności aktorskich. 

 

Iza Sykut: Na początek powiedz, gdzie wykładasz, co wykładasz i jak długo to robisz. Wprowadźmy status quo. 

Aneta Todorczuk: W takim razie odpowiem od końca. Zaczęłam tę przygodę około 2017 lub 2018 roku. Nigdy wcześniej nie zajmowałam się uczeniem. Nigdy wcześniej nawet się nad tym nie zastanawiałam. Przyszedł jednak moment, w którym pomyślałam, że spróbuję. Dam sobie rok. Sprawdzę, czy umiem, bo nie każdy aktor potrafi uczyć. Są wielcy mistrzowie, wybitni aktorzy, którzy zupełnie tego nie potrafią. Uczciwie dałam więc sobie czas na spróbowanie. Potrzebowałam sprawdzić, czy w ogóle będzie jakaś odpowiedź zwrotna, czy to działa. I chyba działa, bo zajmuję się tym do dziś. Bardzo kibicuję moim studentom i dzięki temu jeszcze bardziej angażuję się w cały proces. 

Pytałaś też o to, co i gdzie wykładam. Uczę aktorstwa na Wydziale Wokalno-Aktorskim na Uniwersytecie Muzycznym im Fryderyka Chopina. Na specjalności śpiew solowy i aktorstwo oraz na specjalności musical. Uczę tych, którzy potem będą śpiewakami operowymi oraz tych, którzy chcą zostać wokalistami musicalowymi. W ramach tego prowadzę wiele różnych przedmiotów, np. Sceny musicalowe, dramatyczne i współczesne albo Podstawy aktorstwa. To jest zresztą mój ulubiony przedmiot. Pod wieloma względami najtrudniejszy, bo trzeba ludziom wytłumaczyć, jak grać. 

 

I.S.: Jak tłumaczy się takie rzeczy?

A.T.: Zaczynamy od totalnych podstaw. Czym jest akcja, na czym polega prawdziwa i naturalna reakcja oraz jak przełożyć ją na scenę. To naprawdę wymagająca umiejętność. Jeśli przełożymy coś jeden do jednego i będzie to naturalne, to… raczej nie zaciekawi to widza. Znudzimy go. 

Właśnie dlatego najpierw uczę stawiania tych pierwszych kroków. Przykładowo pracujemy nad etiudami bez słów albo robimy ćwiczenia do pierwszego słowa. Wiesz, te etiudy są trochę jak wypracowania, które muszą mieć wstęp, rozwinięcie i zakończenie. I właśnie to jest w nich prawdopodobnie najtrudniejsze. Także aktorzy z doświadczeniem miewają z tym duże problemy. Nagle wychodzisz na scenę i jesteś naga – musisz wzbudzić reakcje, ale narzędzia są mocno okrojone. Moim zadaniem jest kolejno wyposażać studentów właśnie w te narzędzia. I z ich pomocą tłumaczę im, jak się gra.

Przyznam, że studenci pierwszego roku mają w sobie od razu ogromną chęć grania. Oni chcą mówić. A ja mówię: STOP. Nie pozwalam na to od razu. Czuję jednak, że to później procentuje, bo gdy na drugim semestrze w końcu dochodzimy do słów, to oni już wiedzą, co to znaczy zareagować. W scenie najtrudniejsze jest m.in. to, jak słuchamy. Nie możemy grać, że słuchamy. Musimy słuchać naprawdę i reagować naprawdę. Nie od razu jest to oczywiste. Każdy z nas ma swoje naleciałości, przyzwyczajenia oraz odruchy, nawet taki 18- czy 19-letni człowiek. Na początku zajęć z aktorstwa rozbieramy się z tego i patrzymy, gdzie jestem JA. Dopiero później, w następnych latach, uczymy się, co to znaczy grać postać.

To długi i żmudny proces, ale bardzo go lubię. 

 

I.S.: Powiedziałaś, że dałaś sobie rok, żeby zobaczyć, czy będzie jakąś informacja zwrotna. Czym ona dla Ciebie jest? Po czym widzisz, że to, co robisz, ma sens?

A.T.: Odpowiedzią jest radość z roboty. Jeśli widzę, że człowiek się nudzi albo nie rozumie, to znaczy, że źle go prowadzę. Jeśli nie rozumie, to muszę stanąć na rzęsach, żebyśmy wspólnie doszli do tego, na czym polega cały proces. Tutaj bardzo ważne jest, żeby zrozumieć, a nie poczuć. Ludziom się wydaje, że my bazujemy tylko na czuciu. Oczywiście, gramy na emocjach, ale w trakcie studiów uczymy się tymi emocjami sterować. Między innymi po to, by wrócić do domu w pełnym zdrowiu psychicznym. To ważne, by umieć korzystać ze swoich zasobów bez krzywdy dla siebie. Dlatego bardzo lubię pracę stolikową, tę psychologiczną. To bardzo ważny element mojej pracy i chyba dlatego tak bardzo ją polubiłam. Rozbieranie na części pierwsze jest fascynujące. Lubię zastanawiać się, dlaczego jakaś postać coś czuje lub zachowuje się w określony sposób. Zdarza się, że student mówi mi wtedy: „ale ja tak nie robię w życiu”. Cóż… nie do końca mnie to interesuje, bo i tak musi umieć to zagrać. W końcu postać, w którą wciela się ten student, ma inaczej. Proces poszukiwania nie jest łatwy. I właśnie dlatego trzymam się wspomnianej radości. Jeżeli oni się radują, chcą powtarzać, wymyślają, są kreatywni, to mam poczucie, że odpowiedź zwrotna jest pozytywna. 

I.S.: A jak to jest z wyzwaniami w pracy pedagoga i to pedagoga w szkole artystycznej, która – co tu dużo kryć – jest trochę inna niż na przykład moja filologia polska.

A.T.: Największym wyzwaniem jest, tak mi się wydaje, znalezienie odpowiedzi na pytanie: „Jak nauczyć drugiego człowieka samodzielnego myślenia?”. Oczywiście na scenie. Mamy wielu ludzi na tych kierunkach i ogólne nastawienie, by tej wrażliwości, broń Boże, nie zbrukać. A nauczyć trzeba.

Dlatego mówię studentom, że chcę im dać trzy rzeczy: narzędzia, możliwość rozwoju i umiejętność decydowania o tym, co ich wzmocni, a co zdecydowanie przekracza ich obecne granice

W aktorstwie bywa różnie. Na przykład spotykasz reżysera, który nie daje żadnych uwag i musisz radzić sobie samodzielnie. Zdarza się, że reżyser powie ci, że zgodnie z jego wizją masz w danej chwili przejść przez scenę z filiżanką na głowie. Tyle. W takiej sytuacji wymyślenie motywacji dla tego konkretnego zachowania często leży już po stronie aktora. 

Tej pracy właśnie chcę nauczyć moich studentów. Oni muszą wiedzieć, że aby wykonać taką pracę, potrzebują przejść kilka różnych kroków. Muszą wiedzieć, jak podejść do tekstu, jak go czytać, jak analizować, od czego zacząć, jakie narzędzia ze swojego arsenału tutaj zastosować. Czy będą to tzw. narzędzia spod pachy, czyli coś, co zawsze się sprawdza. Czy może wręcz przeciwnie – pora wyjść ze strefy komfortu.

Wręczenie tych narzędzi, wypracowanie z młodymi ludźmi pewnych procesów jest, moim zdaniem, jednym z największych wyzwań każdego pedagoga. 

 

I.S.: I co na przykład mówisz studentom, żeby ich tego nauczyć?

A.T.: „Utrudniajcie sobie. Im bardziej będziecie sobie utrudniać zadania na scenie, im więcej kłód pod nogi będziecie umieli rzucić sobie samodzielnie, tym lepsi będziecie w szukaniu na bieżąco ciekawych, spójnych rozwiązań”. 

A potem na zajęciach ćwiczymy analizę tekstów, pracujemy warsztatowo i szkolimy dialog. Jak mówiłam – w pierwszym semestrze często tego partnera nie mamy. Studentka czy student są na scenie sami i coś musi wydarzyć się z zewnątrz, aby historia się toczyła. To właśnie ta kłoda pod nogi, to utrudnienie, o których mówię. Trzeba sobie wymyślić motywacje, żeby nie grać tego, co jest napisane, tylko żeby grać to, co jest pomiędzy słowami. To interesuje nas najbardziej. Dlaczego moja postać mówi, że chce napić się herbaty? Czy to ucieczka? Co doprowadziło ją do wypowiedzenia tych słów w tym konkretnym momencie? W odpowiedziach na pytania tego typu kryje się ogrom magii aktorstwa.

I.S.: Bierzesz udział w rekrutacjach na uczelnie? 

A.T.: Tak.

 

I.S.: I jak to wygląda? Jak wygląda rekrutacja na Uniwersytet Muzyczny? 

A.T.: W regulaminie jest dokładnie określona ilość materiału, które osoby kandydujące mają przygotować. Pierwszy etap polega na zaśpiewaniu piosenki i powiedzeniu tekstu. Ale to drugi etap uznajemy za najważniejszy. Sprawdzamy w nim, czy dana osoba jest elastyczna, czy nie za bardzo przywiązała się do tego, co przygotowała i czy potrafi oderwać się od tego. Dajemy więc różne zadania do wykonania na tym przygotowanym tekście. Chcemy spróbować zupełnie go zmienić. Sprawdzamy, czy ktoś ma na tyle wyobraźni, kreatywności oraz odwagi, by niemal na pstryk zrobić awanturę tekstem, który w jego zamyśle miał charakter miłosny. Zazwyczaj atmosfera jest bardzo sprzyjająca. Adrenalina zdążyła już tak skoczyć, że kandydaci wchodzą w te zadania bardzo odważnie. Nie będę jednak ukrywać, że na tej konkretnej uczelni, czyli na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina, najważniejsze są predyspozycje wokalne. Bez nich nie da się być artystą operowym czy musicalowym. 

 

I.S.: Załóżmy w takim razie, że nagle postanawiam iść na uczelnię artystyczną. Co mam robić? Jak się do tego przygotować

A.T.: Jeśli chodzi o scenki – to na pewno warto z kimś poćwiczyć. W przypadku UMFC warto też pójść na lekcje śpiewu. Jak sama zdawałam do szkoły teatralnej, nie mieliśmy jeszcze wydziału musicalowego. Wtedy piosenka była tam stricte aktorska. Liczyła się interpretacja. Na Uniwersytecie Muzycznym osoby kandydujące muszą mieć już pojęcie o technice śpiewania, o technice musicalowej itp. Specjaliści od emisji głosu bardzo szczegółowo oceniają, czy człowiek jest „nauczalny”, czy nie. Muszą ocenić, czy ewentualne problemy, które słychać na egzaminie, są do wypracowania. Zdarza się, że nie. 

Nam w komisji chodzi też o znalezienie w kandydatach pewnego rodzaju myślenia scenicznego: „To nie jestem ja, mną się śpiewa, mną się gra, mną się mówi”. Zazwyczaj dostają się osoby właśnie z takim myśleniem.

 

I.S.: To scenariusz dla osoby, która już jakąś technikę ma. Ale załóżmy, że nie mam za sobą lat lekcji śpiewu, ale coś tam umiem i jednocześnie widać, że jestem plasteliną gotową do pracy. Mam szansę? Często słyszę, że ktoś rezygnuje nawet z próbowania, bo na przykład nigdy nie występował, nigdy nie chodził na lekcje śpiewu.

A.T.: Tutaj sprawa jest dość jasno określona. Rekrutacja na uczelnię to egzamin punktacyjny. Liczą się punkty. Możemy więc założyć, że jeśli ktoś już liznął wcześniej techniki, jest śmielszy w operowaniu głosem, więcej ćwiczył, tym prawdopodobnie jest lepszy. Zwłaszcza na UMFC przychodzą już ludzie wokalnie przygotowani. Chociaż nie jest to regułą. Natomiast jeśli chodzi o samo aktorstwo i zdawanie do szkoły teatralnej, to tutaj rzeczywiście sprawdzane są predyspozycje, czyli to, jak ktoś myśli tekstem, jak potrafi słuchać i pod wpływem słuchania zmienić swoje zachowanie. 

 

I.S.: Pytałam Cię o wyzwania pedagoga. To spójrzmy teraz na studentów. Jakie największe wyzwania stoją teraz przed nimi? Przed tymi, którzy już się dostali i którzy pracują nad tym, żeby to był ich zawód i żeby faktycznie robić to i tylko to. 

A.T.: Jeśli spojrzymy na to, ile osób rocznie kończy szkoły teatralne i wokalno-aktorskie, to musimy powiedzieć szczerze: konkurencja jest ogromna. Odnalezienie się w niej stanowi więc już spore wyzwanie. A rozwiązaniem jest chodzenie na castingi. Wszędzie, gdzie i kiedy tylko się da.

Pamiętam, że przez pierwsze dwa lata nauki w szkole teatralnej tak bałam się castingów, że tuż przed wejściem potrafiłam wmówić sobie, że mam coś ważnego do załatwienia i ostatecznie nie pójść na to przesłuchanie. Odważyłam się to zrobić dopiero po dwóch latach. Weszłam i… dostałam rolę. Oczywiście wtedy castingi wyglądały nieco inaczej. Ale wiem, że w końcu zawalczyłam. Im więcej się praktykuje, tym lepsze są efekty.

 

I.S.: A jak radzić sobie z takim stresem?

A.T.: W przypadku castingów oraz występów naprawdę warto wiedzieć, jak działa na nas stres, jak na niego reagujemy. Na jednych działa motywująco, na drugich paraliżująco i dlatego ktoś wie, że musi się naprawdę solidnie przygotować, 40 razy z rzędu zaśpiewać tę samą piosenkę, skoncentrować się i wyciszyć. Castingi pomagają nam odkryć te reakcje i później lepiej nimi manewrować. 

 

I.S.: Czyli warto chodzić na każdy casting, do którego mogę pasować.

A.T.: Tak. A potem sobie całe do doświadczenie dokładnie przeanalizować – dosyć szczegółowo i uczciwie, co poszło nie tak, dlaczego i co można poprawić. Polecam też docenić się za to, co poszło okej.

 

I.S.: Czy szkoła jakoś przygotowuje do udziału w castingach?

A.T.: Szkoła wyposaża w narzędzia, dzięki którym przejdziesz cały proces aktorski, przygotujesz rolę, piosenkę, dialog. Reszta zależy od kreatywności. Moi koledzy, te 20 lat temu, zapuszczali wąs, bo im to pomagało lepiej poczuć daną postać. Studentki opowiadały mi z kolei, że zdarza się, że na casting do musicalu wszystkie przychodzą w stroju podobnym do tego, który nosi bohaterka. Takie przygotowanie może (ale nie musi) sprawić, że inaczej patrzy się na kandydata. Od razu widać, że ktoś przemyślał, przygotował się, postarał. 

Moim zdaniem ważnym etapem przygotowań i do castingów, i do przyszłej pracy, jest… chodzenie do teatru i czytanie książek. Zawsze powtarzam moim grupom, żeby chodzili i czytali zarówno dobre, jak i złe rzeczy. Obie trzeba umieć rozpoznać. 

 

I.S.: Wszystko to, o czym mówisz, brzmi jak bardzo mozolna praca. 

A.T.: Pomyśl sobie, co się dzieje, gdy przypominasz sobie, że zostawiłaś w domu włączone żelazko. W prawdziwym życiu w sekundę oblewa Cię zimny pot, policzki robią się czerwone, cała twarz zresztą robi się bordowa z przerażenia. I teraz… jak zrobić to na scenie? Jak tę reakcję wywołać na scenie? I wychodzi na to, że myśl o tym przykładowym żelazku musi być prawdziwa. Dużo takich ćwiczeń robimy. Mi się wtedy zdarza patrzeć na studentów i mówić: „nie pomyślałeś, prawda?”. No i okazuje się, że faktycznie – nie pomyślał. Wszystko zaczyna się od tej jednej myśli. To naprawdę mozolna praca, ale jak już się to załapie, to idzie. Z czasem oni sami przychodzą na zajęcia z walizkami, w których mają buty, kostiumy, rekwizyty, bo wiedzą, że to może im pomóc. Wiedzą, jak z tego korzystać. Wtedy też pojawia się wspomniana już w naszej rozmowie radość tworzenia.

Najciekawiej jest, kiedy cała grupa zaangażuje się w proces. Wtedy następuje wymiana energii. Wiesz, to nie jest loża szyderców, której trzeba się obawiać. Oni są po to, by uczyć się, oglądając innych. Jeśli to zrozumiesz, masz dostęp do prawdziwej skarbnicy wiedzy. Ktoś z roku może podrzucić jakieś hasło pomocnicze, jakąś myśl, którą można wykorzystać. 

Staram się jednak w tej mozolnej, żmudnej pracy nie wymuszać więcej niż ktoś w danej chwili może dać. Jak ktoś ma gorszy dzień, mówię, żeby dał z siebie tyle, ile dziś w sobie ma. To czasem są nawet lepsze rozwiązania! Masz scenę, że krzyczysz, ale za nic nie możesz tego z siebie wydobyć? Zacznij szeptać i zobacz, co się stanie. 

 

I.S.: W tym, co mówisz, wyczuwam nie tylko potrzebę dużej elastyczności, o której wspomniałaś w temacie rekrutacji, ale też otwartości na informację zwrotną.

A.T.: Tak! Bardzo lubię konstruktywną krytykę i tego też uczę. Tylko słowo konstruktywna jest tu kluczowe. Jeśli powiemy, że było źle i beznadziejnie, to wiadomo, że człowiek się od razu zamknie. Dlatego sama podczas zajęć częściej sięgam po pytania: Czy jesteś z siebie zadowolony? Co można było zrobić inaczej? Co myślisz? Jak to czujesz? Czasem sam proces szukania tych odpowiedzi jest bardziej twórczy od odgrywania konkretnej scenki.

 

I.S.: Studenci mają szukać odpowiedzi i prawdy. A czego w studentach szuka Aneta Todorczuk? Co muszą w sobie mieć albo co powinni wypracować, żeby zwrócić Twoją uwagę?

A.T.: Po tych sześciu latach pracy pedagożki mogę powiedzieć, że szukam w ludziach naturalnej ciekawości i chęci zadawania pytań. Jeśli nie boisz się tego, możesz zdecydowanie dalej dojść i więcej osiągnąć. Ważne jest też, żeby nie bać się popełniać błędów. To się zdarza każdemu. 

 

I.S.: Masz sukcesy na polu znajdowania takich właśnie ciekawych jednostek?

A.T.: Tak. Z moim ostatnim rokiem zrobiliśmy dyplom „Pamięć wody”. Ci ludzie wykonali naprawdę ogromny kawał solidnej roboty. To w ogóle była wybitna grupa. Zawsze przychodzili przygotowani. Nie sądziłam na początku, że zrobimy cały tekst, a wyszedł nam 2,5 godzinny spektakl! Na dodatek poruszający trudne tematy śmierci, traum. Bardzo jestem dumna z tego trzeciego roku. Kosztowało nas to dużo pracy – i to takiej poza godzinami zajęć. Jednocześnie czuję, że wypuściłam w świat ludzi, którzy umieją się poruszać po aktorskich zakamarkach. 

I.S.: Czy poza ćwiczeniami, zadaniami, zdobywaniem kolejnych narzędzi, jest jeszcze coś, co może pomóc studentom w przygotowaniu się do realiów tego zawodu?

A.T.: Z mojej perspektywy jest ważne, żeby wykładowca był praktykiem. To naprawdę pomaga i wielokrotnie zmienia sposób patrzenia. Sama wykorzystuję własne doświadczenie, by dzielić się z młodymi ludźmi na przykład różnymi wypadkami, anegdotami. Nie dla samych anegdot czy śmiechu oczywiście. Dzielę się moimi porażkami, moimi wygranymi i przegranymi konkursami oraz tym, jak dzisiaj na nie patrzę z perspektywy osoby czynnej zawodowo. We Wrocławiu startowałam 3 razy, nie wygrałam ani razu i co? I nic. I tak żyję m.in. ze śpiewania. 

 

I.S.: Jak jeszcze aktywność zawodowa wpływa na Twoje metody nauczania?

A.T.: Dzięki temu, że ciągle pracuję w zawodzie, wiem, z czym to się je. Dlatego na przykład twardo i nieustępliwie powtarzam, zwłaszcza tym już bardziej zaawansowanym, że najważniejszym czynnikiem w grze jest… koncentracja. Naprawdę wiem, co się może wydarzyć, gdy tego skupienia zabraknie. Po urodzeniu pierwszego dziecka miałam dokładnie 112 dni urlopu macierzyńskiego. 113 dnia grałam już spektakl („Szkoła żon” w Teatrze Narodowym), chodziłam po scenie, mówiłam pół kwestii i czekałam. Miałam pustkę w głowie, bo nie byłam jeszcze gotowa, nie byłam wystarczająco skoncentrowana. To było okropne uczucie, do dziś pamiętam, że ciałem stałam w jednym miejscu, ale duchem byłam kompletnie gdzie indziej.

Tutaj też jest jeszcze jeden ważny temat. W naszym zawodzie naprawdę bardzo sprawnie działa poczta pantoflowa. Raz przyjdziesz nieprzygotowany, raz dasz ciała, to potem może to się za Tobą długo ciągnąć. Jak studiowałam, Jan Englert często mówił, że nie ma ludzi niezastąpionych. Choćbyś nie wiem jak był zdolny, to na Twoje miejsce czeka kilka podobnych osób. A może nawet bardziej pracowitych, bardziej skupionych. 

 

I.S. Brutalne, ale prawdziwe. 

A.T.: W tym zawodzie weryfikacja potrafi zajść bardzo szybko. Mimo wszystko staram się być empatyczną wykładowczynią. Obserwuję, pytam, co się dzieje, co możemy z tym zrobić wspólnie. A zaraz po tym mówię, że na kaca najlepsza jest praca. Jeśli coś się wydarzyło, to skoncentruj się na TU i TERAZ. Wszystkim nam przytrafiają się różne rzeczy i wiem, jak trudne to potrafi być. Zwłaszcza na początku drogi. W aktorstwie to TU i TERAZ potrafi być naprawdę kluczowe. 

 

I.S.: Czego w takim razie chcesz nauczyć swoich studentów?

A.T.: Najbardziej chcę nauczyć ich radzić sobie w bardzo niekomfortowych sytuacjach. Te zdarzały się, zdarzają i będą się zdarzać. Na przykład… do premiery są dwa tygodnie, a spektakl jest jeszcze niegotowy. Wszyscy chodzą zestresowani, coś trzeba ratować. Chcę, żeby wiedzieli jak rozwiązywać problemy sceniczne, żeby umieli znaleźć problem swojej postaci i wiedzieli, jak z nim pracować. Po to wszystko są te narzędzia, które zdobywamy na studiach. 

 

I.S.: A jest coś, czego Ty uczysz się od swoich studentów?

A.T.: Oczywiście! Na pewno dają mi dużego kopa. Takiego motywacyjnego. Uczę się tego, że się świat zmienia. Uczę się tego, że oni szybciej i przede wszystkim inaczej działają. Ich świat bardzo różni się od moich czasów studiów. Oni na przykład muszą już pracować w trakcie nauki. W moich czasach było tak, że się nie puszczało człowieka do roboty poza szkołą. Dzięki temu, muszę to przyznać, uczę się od swoich studentów pewnej zaradności. Myślę, że to piękna wymiana.

 

I.S: Czego byś sobie życzyła w swojej dalszej karierze pedagogicznej?

A.T.: Życzyłabym sobie dwóch rzeczy. Żeby mi się dalej chciało i żeby im się dalej chciało. Naprawdę chcę pracować z ludźmi, którym się chce. A to nie zawsze jest takie oczywiste. 

Gdy miałam 15 albo 16 lat uczyłam się grać na skrzypcach. Zdarzyło się kilka razy tak, że przyszłam na te zajęcia nieprzygotowana i wtedy mój profesor po 5 minutach rzucał w moją stronę, że nie chce, żebym marnowała jego cenny czas. Wtedy wypłakiwałam przez to oczy. Dziś doskonale to rozumiem. Sama zresztą stosuję tę metodę. Potrafię powiedzieć w połowie sceny „Wiesz co, Ty nie jesteś przygotowany. Dziękuję. Poproszę następną osobę. Jak się przygotujesz, to przyjdź”. Mówię to spokojnie i to najlepiej działa. 

Nikogo nie zmuszę do tego, żeby mu się chciało. 

Przeczytaj także:

Ładowanie...

Masz do mnie romans?

Jeśli chcesz o coś zapytać, podpowiedzieć mi temat,
o którym mogę napisać lub chcesz ze mną porozmawiać,
to pisz śmiało o każdej porze dnia i nocy.

kontakt@jizasykut.pl