
Spektakle dyplomowe 2025/2026
- 03.10.2026
- CZAS CZYTANIA: 11 min

Spektakle dyplomowe rządzą się swoimi prawami. W sezonie 2025/2026 widać bardzo wyraźnie, że dyplom potrafi być miejscem ryzyka, ambicji, świetnych trafień i bolesnych potknięć. A czasem właśnie tam najłatwiej zobaczyć, kto naprawdę ma coś do powiedzenia ze sceny, a kto tylko bardzo się stara.
Schody, schody, schody
Reż. Wojciech Faruga
Wojciech Faruga raczej nie robi spektakli z waty cukrowej. Jednak po jego „Fauście” w Teatrze Narodowym miałam, delikatnie mówiąc, LEKKIE napięcie w karku przed kolejnym spotkaniem.
Na szczęście moje obawy się nie zrealizowały.
„Schody, schody, schody” w Teatrze Collegium Nobilium to spektakl dyplomowy studentów Akademii Teatralnej. Tyle że słowo „dyplomowy” trochę go pomniejsza. Jakbyśmy mówili o zaliczeniu, a tu mamy przedstawienie z mocnym kręgosłupem, konkretnym pomysłem i kilkoma scenami, które trudno potem wytrzepać z głowy.
Punktem wyjścia są:
- schody odeskie z „Pancernika Potiomkina” Eisensteina,
- film „Schody” Zbigniewa Rybczyńskiego,
- współczesny człowiek wrzucony w sam środek cudzego cierpienia,
- wojna potraktowana jak atrakcja,
- empatia, która bardzo ładnie wygląda w deklaracjach, a gorzej znosi kontakt z rzeczywistością.
Faruga bierze ten materiał i nie robi z niego szkolnej rozprawki o przemocy. Robi spektakl, który raz działa obrazem, raz ironią, raz bardzo prostym gestem. I właśnie wtedy trafia najmocniej.
Najciekawsze jest tu zderzenie. Olga, kobieta z filmowego koszmaru, szuka dziecka i wciąż wpada w tę samą pętlę przemocy. Obok niej pojawiają się ludzie z naszego świata. Tacy, którzy chcą dobrze, wyglądają dobrze, mówią dobrze. Tylko że ich dobroć ma warunki. Najlepiej pomagać tak, żeby się nie pobrudzić. Najlepiej współczuć tak, żeby zdążyć jeszcze na kolację.
Brutalne? Trochę. Trafne? Niestety bardzo.
Ten spektakl najmocniej punktuje naszą wygodę. Scrollowanie wojny, szybkie wzruszenia. Naszą zdolność do tego, żeby przez chwilę naprawdę się przejąć, a potem wrócić do wyboru makaronu na wynos. I nie piszę tego z wyższością. Sama przecież siedzę w tej samej bańce. Tylko może po takim przedstawieniu słychać, jak ona lekko trzeszczy.
Najbardziej zostały ze mną:
- scena gry w berka z Olgą, okrutna i świetnie ustawiona,
- wojna pokazana jako mechanizm punktów, ról i nagród,
- turystyczny język przyklejony do przemocy, absurdalny i przez to potworny,
- „Biała flaga” Beaty Kozidrak, która nagle przestaje być piosenką z radia,
- aktorzy, którzy grają serio, ale bez napompowania.
Studenci dostali materiał trudny, bo bardzo łatwo było tu przesadzić. Wpaść w publicystykę. W teatralne krzyczenie wielkimi literami. W mówienie widzowi: patrz, teraz ma być ważnie. A jednak wiele scen działa właśnie dlatego, że są precyzyjne. Nie proszą o uwagę. Biorą ją sobie.
To przedstawienie mówi o fałszywej empatii, ale nie robi tego palcem przy tablicy. Pokazuje świat, w którym cudze cierpienie stało się obrazem, relacją, kadrem, tematem, materiałem. Coś się wydarza, ktoś patrzy, ktoś opisuje, ktoś fotografuje. A potem wszystko idzie dalej.
I chyba w tym jest największy dyskomfort.
Bo „Schody, schody, schody” nie pytają tylko o wojnę. Pytają też o nasz sposób patrzenia. O to, ile umiemy zobaczyć, zanim włączy się mechanizm obronny. O to, czy naprawdę jeszcze reagujemy, czy tylko rozpoznajemy format tragedii.
Warto było zobaczyć ten spektakl.
Warto, bo przez chwilę robi się mniej wygodnie. A teatr, według mnie, właśnie po to jest. Żeby człowiek przestał się tak dobrze układać w swoim fotelu.

Słabi
reż. Marcin Hycnar
Spodziewałam się, że „Słabi” przygniotą mnie bardziej. Że wyjdę z Teatru Collegium Nobilium z większym bagażem pod pachą. Takim niewygodnym, bez kółek, z urwaną rączką.
A jednak ten spektakl działa inaczej. Ciszej. Prościej. Bez emocjonalnego walca.
I może właśnie dzięki temu jeszcze na chwilę zostaje w głowie.
To realizacja, która nie robi wielkich min do własnych tematów. Nie wciska nam kryzysu w reflektorach, nie każe płakać na komendę. Pokazuje rzeczy zwyczajne. Tak zwyczajne, że w pierwszej chwili można je przeoczyć:
- zmęczenie, które udaje „gorszy dzień”,
- rozmowę, w której niby nikt nie krzyczy, ale coś się łamie,
- macierzyństwo bez pocztówkowego filtra,
- związek, który bardziej przypomina układ obowiązków niż bliskość,
- ludzi, którzy funkcjonują, ale jakby coraz bardziej z rozpędu.
No i właśnie. Czy to już dramat? Czy jeszcze codzienność?
U Magdaleny Drab odpowiedź nie jest wygodna. Bo „Słabi” są o takich pęknięciach, które rzadko robią hałas. O sytuacjach, które z zewnątrz wyglądają całkiem normalnie. Ktoś idzie do sklepu. Ktoś siedzi w poczekalni. Ktoś mówi za dużo. Ktoś inny prawie nic. Żadnej katastrofy z hukiem. Raczej powolne odklejanie się od siebie.
Inscenizacja Marcina Hycnara jest bardzo prosta. Może nawet miejscami szkolna. Bez teatralnych fajerwerków, bez kombinowania na siłę. I choć czasem budziło to we mnie pewien niedosyt, to trzeba przyznać, że detal pracował tu mocniej. Tak jak pauza. Spojrzenie. Zbyt szybka rada. Źle dobrane słowo. Milczenie, które zalega między postaciami jak nieposprzątany talerz po kolacji.
Najbliżej było mi do Aniny Katarzyny Łubik i Jana Aleksandra Sajewskiego.
Łubik gra kobietę, która jakby trochę nie nadąża za własnym życiem. Nie robi z Aniny wielkiej figury cierpienia. To jest bardziej ktoś, kto próbuje przetrwać dzień, rozmowę, ciało, obowiązek. Czerwone rajstopy nie stają się tu łatwym symbolem odrodzenia. Raczej nieporadną próbą zaznaczenia: „halo, jeszcze tu jestem”. I to jest w tej roli najciekawsze. Jej cisza, chwilowe przebłyski sprawczości, a potem znów wycofanie.
Sajewski jako Jan też nie kradnie sceny krzykiem. Przeciwnie. On ją przyciąga spokojem. Ten sprzedawca z mięsnego, zamknięty w swoich małych rytuałach, ma w sobie coś nieefektownego, ale prawdziwego. W świecie, który cały czas wymaga więcej, Jan wydaje się człowiekiem, który już dawno przestał się ścigać. I może dlatego przy nim robi się na scenie trochę ciszej. Choć jednocześnie czasem trudno przytakiwać jego pozbawionym granic zachowaniom.
Drugi plan buduje klimat całości. Taka Jedna, Taka Tam, Inna Taka, Taki Jeden i mąż Aniny tworzą ten codzienny chór oczekiwań, komentarzy, rad i gotowych odpowiedzi. Czasem zabawny, trochę męczący. Aż zbyt znajomy. Bo przecież wszyscy znamy ludzi, którzy „wiedzą lepiej”. Sami nimi bywamy.
Największa siła tego spektaklu leży w tym, że on nie próbuje udawać większego niż jest. Składa się z drobnych codziennych napięć.

Don Giovanni
Reż. Cezary Tomaszewski
Po „Don Giovannim” wyszłam z bardzo konkretnym poczuciem: wizualnie było na czym zawiesić oko, muzycznie było czego słuchać, ale emocjonalnie zostałam raczej pod drzwiami. Niby zaproszona, niby wpuszczona, ale bez pełnego wejścia w ten świat.
Spektakl Cezarego Tomaszewskiego bierze operę Mozarta i przepuszcza ją przez współczesną opowieść o pragnieniach, pożądaniu, oczekiwaniach i tym wszystkim, co w relacjach potrafi rozsiąść się jak nieproszony gość na kanapie. Temat jest nośny. Bardzo. Aż prosi się o teatralne zwarcie, o napięcie, o moment, w którym człowiek poprawia się w fotelu, bo coś go trafiło.
U mnie tego trafienia zabrakło.
Co zostaje po spektaklu?
- Obraz. Spektakl jest prosto, ale atrakcyjnie skomponowany. Jest światło, przestrzeń, znak, detal. Biała kotara, fortepian, koń, kostiumy, sceniczne ustawienia. Wszystko wygląda tak, jakby ktoś miał bardzo konkretne oko i wiedział, gdzie postawić akcent. Tylko że po pewnym czasie zaczęłam mieć wrażenie, że patrzę na bardzo dopracowaną witrynę. Ładną i przemyślaną, ale dalej witrynę. Mogę podziwiać układ, fakturę, kolor, ale niekoniecznie chcę wejść do środka.
- Muzyka. Aranżacje Mariusza Obijalskiego i Michała Leśniaka dobrze prowadzą przez całość. Mozart zostaje przesunięty w stronę musicalu, songu, jazzu, miejscami kabaretu. I to jest jeden z ciekawszych elementów tego wieczoru. Nie miałam poczucia, że ktoś robi klasyce krzywdę. Raczej sprawdza, czy da się ją przestawić na inne tory. Da się. Czasem nawet bardzo sprawnie.
Wokalnie bywa różnie. Są momenty mocniejsze, są też takie, w których słychać, że materiał stawia opór. I to nie jest drobiazg.
Mocno zgubiłam się też w dramaturgicznym rozproszeniu. Wiem, że to spektakl inspirowany operą, a nie klasyczna realizacja „Don Giovanniego”. Wiem, że chodzi o przetworzenie mitu, zabawę konwencją, przesunięcie akcentów. Tylko że sama odwaga formalna nie załatwia sprawy.
Przez dużą część wieczoru miałam poczucie, że oglądam bardzo dobrze wyglądające sceny, które układają się w opowieść bardziej intelektualnie niż emocjonalnie.
Czy mnie to porusza? No właśnie… NIE.
Spektakl mocno mnie zmęczył. Nie dlatego, że był niezrozumiały albo zbyt odważny. Z tym wszystkim można pracować i można z tego zrobić coś naprawdę żywego. Zmęczyło mnie poczucie, że forma pracuje intensywniej niż sens sceniczny. Że kolejne obrazy są dopracowane, kolejne rozwiązania efektowne, kolejne znaki starannie ustawione, ale pod spodem nie zawsze płynie napięcie. A bez napięcia nawet najładniejszy spektakl zaczyna się oddalać.

Rózia
Reż. Jacek Braciak
Wyszłam z „Rózi” dość spokojna. Może nawet za spokojna. Bez tego charakterystycznego teatralnego szarpnięcia, kiedy po spektaklu trzeba jeszcze chwilę posiedzieć w fotelu albo udawać, że szuka się szalika, choć tak naprawdę zbiera się myśli.
Tu tego u mnie nie było.
Spektakl w reżyserii Jacka Braciaka opiera się na tekście Rafała Wojasińskiego i bardzo mocno zostaje przy słowie. Czasem aż za mocno. Przez większość czasu miałam poczucie, że obcuję raczej ze sceniczną wersją słuchowiska niż pełnoprawnym spektaklem. Jest literacko. Jest poetycko. Jest gęsto od zdań, które chcą znaczyć dużo. Tylko że teatr potrzebuje jeszcze napięcia. Jakiegoś drgnięcia. Oczekiwania, że za chwilę coś się przesunie.
A tu wiele rzeczy trwa. Po prostu trwa.
Wizualnie mamy absolutny minimalizm. Bar, stoliki, postacie i przestrzeń, która raczej nie pomaga aktorom, tylko zostawia ich samych na środku zadania. To może być fascynujące, gdy na scenie pojawia się mocny rytm między ludźmi. Tutaj momentami tego rytmu mi brakowało.
Najbardziej zapamiętałam:
- oszczędność formy, która z jednej strony porządkuje spektakl, a z drugiej trochę go wysusza,
- tekst, który brzmi bardziej jak zapis myśli niż sytuacja sceniczna,
- aktorów zostawionych z bardzo trudnym materiałem,
- poczucie, że spektakl wie, jaki chce mieć nastrój, ale nie zawsze wie, jak mnie do niego wciągnąć
Całość realizacyjnie i aktorsko ma w sobie coś szkolnego. I nie piszę tego jako zarzutu z kategorii „źle, do poprawy, siadaj”. To przecież dyplom. Widać pracę, skupienie, próbę zmierzenia się z tekstem, który nie daje łatwych wejść. Ale widać też momenty, w których forma bardziej odsłania warsztat niż postaci.
Jeśli miałabym wskazać osoby, które najlepiej odnalazły się w tej konwencji, byłyby to Alicja Bobruk i Aleksander Sajewski. Bobruk jako Rózia ma w sobie coś osobnego, lekko przesuniętego, trudnego do jednoznacznego nazwania. Sajewski wnosi na scenę rodzaj zawahania, które dobrze pasuje do świata Wojasińskiego. W ich obecności najłatwiej było mi uwierzyć, że pod tą warstwą słów naprawdę coś pracuje.
„Rózia” jest przedstawieniem, które bardziej się słyszy niż ogląda. Można w tym znaleźć wartość, jasne. Tylko że ja w teatrze szukam napięcia między tym, co wypowiedziane, a tym, co dzieje się pod spodem. Tutaj zbyt często zostawałam przy samych słowach.
Czy było źle? Nie.
Czy wyszłam poruszona? Też nie.
Raczej z poczuciem, że obejrzałam uczciwą, skupioną pracę nad trudnym tekstem, która jednak nie przebiła się do mnie tak, jak mogłaby. Zabrakło mi ryzyka.

Next to normal
Reż. Jacek Mikołajczyk
Kocham ten tytuł, więc będę marudzić.
Z „Next to normal” mam problem osobisty. To jeden z tych musicali, przy których nie wystarczy zaśpiewać czysto, popatrzeć w dal i zrobić minę pod tytułem „cierpię, proszę państwa”. Ten tekst wymaga dojrzałości, prawdy. Czegoś, co nie kończy się na poprawnie wykonanej partyturze.
I właśnie dlatego po dyplomie studentów UMFC wyszłam z lekkim niedosytem. Z poczuciem: mogło zaboleć bardziej.
Jeśli ten sam reżyser bierze się za ten sam tytuł, to drogi najczęściej mogą być dwie: albo zrobi to podobnie, albo zupełnie inaczej. I tutaj zaczyna się mój kłopot. Liczyłam na mocniejsze przesunięcia, na inne akcenty, na własny komentarz. Dostałam realizację bardzo blisko tej, którą już znamy. Czasem zbyt blisko.
A szkoda, bo materiał aż się prosi o ryzyko.
Co zadziałało?
- Zmiana przy ostatniej piosence Diany. Jedna z niewielu wyraźniejszych decyzji interpretacyjnych. I dobra decyzja. Ta scena dostała dzięki niej większy ciężar. Nagle zrobiło się ciszej w środku, nawet jeśli muzyka nadal szła swoim rytmem.
- Natalie. Bardziej zadziorna w swoim pogubieniu. Mniej „biedne dziecko z trudnego domu”, bardziej dziewczyna, która gryzie, bo inaczej się rozsypie. To kupuję. To ma sens. W tej postaci jest frustracja, zmęczenie i taki rodzaj nastoletniego wkurzenia, którego nie da się zamknąć w ładnym szkolnym zeszycie.
- Asia Gorzała jako Diana. Jacek Mikołajczyk przy okazji naszej rozmowy o syreniej realizacji, że kluczowe było znalezienie Diany, która nie będzie walczyć z materiałem wokalnym. No więc proszę. Asia nie walczy. Ona te numery niesie.
Ale…
ten spektakl potrzebuje dojrzałości.
„Next to normal” dotyka żałoby, choroby, wypierania, rodzinnej przemocy ciszy, zmęczenia byciem „tym silnym” i samotności w domu pełnym ludzi. Tu nie wystarczy wiedzieć, kiedy wejść w nutę. Trzeba jeszcze wiedzieć, po co się ją śpiewa.
I tej dojrzałości miejscami mi brakowało.
Nie chodzi o wiek aktorów. Studenci potrafią czasem zagrać rzecz tak precyzyjnie, że zawodowcy mogliby wyjąć notesik i robić notatki. Chodzi o ciężar doświadczenia scenicznego. O umiejętność zostawienia widza w niewygodzie, zamiast prowadzenia go za rękę od emocji do emocji.
Tutaj za często czułam wykonanie. Rzadziej ranę.
I tu dochodzimy do najważniejszego.
Upewniłam się po raz kolejny, że dla mnie ten spektakl stoi Danem. Jeśli nie wierzę w tę postać, cała konstrukcja zaczyna się chwiać. Diana może śpiewać świetnie. Gabe może hipnotyzować. Natalie może mieć świetnie poprowadzony bunt. Ale bez Dana ten dom nie ma fundamentu.
Bo Dan jest człowiekiem, który trzyma wszystko w rękach, choć od dawna nie ma już siły. Jest opiekunem, mężem, ojcem, świadkiem i współofiarą. Ma być zmęczony tak, że boli od patrzenia. Ma irytować swoim uporem. Ma wzruszać swoją nieporadnością. Ma być kimś, kto przez lata zamiatał szkło pod dywan i nagle orientuje się, że chodzi po nim boso.
I tutaj tego nie dostałam.
A jeśli Dan nie działa, finał nie ma czym uderzyć. Proste. Bolesne. Dla mnie decydujące.
Był to więc dla mnie wieczór nierówny:
- z momentami, które potrafiły zatrzymać uwagę,
- z dobrymi głosami,
- z Natalie, którą naprawdę warto zauważyć,
- z Dianą, która wokalnie ma czym oddychać.
Ale też z realizacją, która zbyt grzecznie idzie po śladach wcześniejszej wersji i zbyt rzadko mówi własnym głosem.

Pippin
Reż. Antoniusz Dietzius
Nie przepadam za tym tytułem. Jest dla mnie mocno przeciągnięty, w wielu miejscach schematyczny i po prostu... nudny. Mimo wszystko poszłam z ciekawością. Wyszłam z poczuciem, że ktoś tu naprawdę odrobił lekcję z musicalu. I to nie taką na trzy minus. Raczej taką, po której wykładowca zdejmuje okulary i mówi: dobra, mamy o czym rozmawiać.
Mogło być bardzo szkolnie, ale była energia. Był rytm. Była ciemniejsza zabawa formą. Trochę cyrk, trochę „Cabaret” mrugający z kąta sali. I bardzo dobrze, bo „Pippin” aż się prosi o taki niepokój pod brokatem.
Co działało najmocniej?
- Zespół. Tu czuć pracę grupową. Nie w folderze promocyjnym, tylko na scenie. Wejścia, ustawienia, choreografia, wokalne podbicia. Wszystko musi siedzieć co do sekundy, bo inaczej robi się teatralny miks.
- Klimat. Na całe szczęście ta inscenizacja nie idzie w cukierkowy musicalowy świat z uśmiechem przyklejonym do twarzy. Jest mrok, dym, światło, błysk, lekkie poczucie zagrożenia. Wszystko w bardzo monochromatycznych barwach.
- Pippin jako bohater. Pippin szuka sensu, miejsca, wielkiej roli. Kto z nas nie miał kiedyś takiego etapu? Tylko on ma do tego piosenki, dwór Karola Wielkiego i bardzo podejrzane towarzystwo. My mamy co najwyżej grupę na Messengerze i decyzję, czy rzucać wszystko po trzeciej kawie.
- Choreografia. Gest jest ostry. Ruch bywa przewrotny. Lubię, kiedy choreografia nie robi za dekorację. Tutaj pracuje pełną parą. I czuć rękę Santiago Bello, oj czuć!
Czy wszystko jest idealne? Nie. I dobrze. To spektakl młodych wykonawców, więc miejscami słychać jeszcze ambicję większą niż oddech. Czasem energia pędzi szybciej niż precyzja. Ale wolę taki nadmiar niż grzeczne odśpiewanie materiału z miną „zaliczamy semestr”.
Zdjęcia wykorzystane w tekście:
- „Schody, schody, schody” | fot. Michał Mazurek | źródło: strona Akademii Teatralnej;
- „Słabi” | fot. Zuzanna Mazurek | źródło: strona Akademii Teatralnej;
- „Don Giovanni” | fot. Zuzanna Mazurek | źródło: strona Akademii Teatralnej;
- „Rózia” | fot. Bartek Warzecha | źródło: strona Akademii Teatralnej;
- „Next to Normal” | fot. Jacek Reda | źródło: strona Terminalu Kultury Gocław;
- „Pippin” | fot. Adam Krajewski | źródło: strona Terminalu Kultury Gocław.

Przeczytaj także:
Ładowanie...
Masz do mnie romans?
Jeśli chcesz o coś zapytać, podpowiedzieć mi temat,
o którym mogę napisać lub chcesz ze mną porozmawiać,
to pisz śmiało o każdej porze dnia i nocy.


